poniedziałek, 27 września 2010

Jamochłon

Usiądźmy wygodnie w fotelu, otulmy się kocem i, popijając herbatkę z konfiturą, zamknijmy oczy i … nie nie! Otwórzmy oczy szeroko, byśmy mogli zobaczyć, jak ludzie kochali w latach 70- tych.
Różowe lata 70-te … to może były, ale za żelazną kurtyną, gdzieś daleko, u Wuja Sama. W Polsce natomiast, mężczyźni pod marynarki zakładali golfy, we flakonach stały goździki, a na ból głowy brało się proszek, nie tabletkę. Ale były też pozytywy: zamiast banalnego „cześć” mówiło się dostojne „serwus”, w każdym mieszkaniu była wódka, a mężczyźni recytowali kobietom wiersze na moście. W taką krainę zabiera nas Roman Załuski w filmie „Anatomia miłości”.
Zanim przejdziemy do sedna sprawy, pozachwycajmy się trochę zjawiskową urodą Barbary Brylskiej. Panią Basię kojarzę głównie z rewelacyjnej radzieckiej komedii, znanej u nas bardzo dobrze, pt. : „Ironia losu”. Gra tam główną rolę kobiecą, jest eteryczną blondynką i z miejsca rozkochuje w sobie męską połowę wszystkich krajów socjalistycznych. W Rosji ubóstwiana jest do dzisiaj. Do tego stopnia nawet, że w żadnej szanującej się rosyjskiej rodzinie Nowy Rok nie rozpocznie się, jeśli ze srebrnego ekranu nie zacznie trzepotać rzęsami nasza Barbara. I z taką oto wiedzą spoglądam na film Załuskiego i patrzę i oczom nie wierzę! Pani Brylska z włosami w kolorze czekolady … No coś podobnego! Kiedy pierwszy szok minął, zerknęłam przez palce raz jeszcze i stwierdzam- chyba już bardziej seksowna być nie mogła. Cud- kobieta. Zobaczcie sami.
Ale nie ona jedna występuję w tym filmie. Towarzyszy jej Jan Nowicki, kobieciarz jakich mało. I może dlatego od samego początku jakoś nie dajemy szansy temu związkowi. Dziwna sprawa, nasza wiedza o życiu prywatnym aktora przeszkadza w odbiorze postaci, którą gra.
Ale spróbujmy zwieść się iluzji.
„Anatomia miłości” rozbiera uczucie, łączące kobietę i mężczyznę, na czynniki pierwsze, a także pokazuje jej rozwój w czasie. Zaczyna się od standardowego zauroczenia, chwil niepewności (zadzwoni? Nie zadzwoni? A może to ja powinnam zadzwonić?), potem mamy motyle w brzuchu, euforię, stagnację, znudzenie, sceny zazdrości, rozstania, powroty, i …
Końca nie zdradzę, oczywiście, ale co bardziej doświadczeni widzowie mogą się go domyśleć. Aby uogólnić całą historię, byśmy mogli się z nią utożsamiać, imiona bohaterów brzmią następująco: Ewa i Adam. Mamy tu więc do czynienia ze swoistym podręcznikiem, samouczkiem, którego nawet tytułu nie musielibyśmy zmieniać, gdyż oryginalny najlepiej oddaje ducha całej sprawy.
Przyznam szczerze, że prawdopodobnie nie wytrzymałabym długo z taką kobietą, jak główna bohaterka. Na początku, oczywiście, dziewczyna jak malina, ale to kwestia raczej początkowej fazy miłości, kiedy mamy klapki na oczach i żadne racjonalne argumenty do nas nie docierają, niż jej przymiotów. A potem wychodzi z niej, jak to doskonale określił filmowy Adam, jamochłon. Ot, co! Ale i on nie jest tu bez winy, gdyż , jak to w życiu bywa, wszystko ma swoją drugą stronę medalu.
Na koniec, dwie bardzo pozytywne rzeczy, dla których na pewno warto obejrzeć film (prócz zalet wyżej wymienionych). Po pierwsze, piosenka. Przewija się tu piękna ballada miłosna, cudownie wyszeptana przez Barbarę Brylską. Bardzo mi brakuje tego w polskich filmach, co natomiast znajduję w starych obrazach ZSRR, mianowicie, piosenek śpiewanych przez bohaterów.
Po drugie, nasz kochany Wrocław! Wędrujemy wraz z akcją przez ulicę Świdnicką, Ostrów Tumski, Most Grunwaldzki i jeszcze wiele innych miejsc. Fantastyczna sprawa, zobaczyć swoje miasto sprzed 30 lat!
To, co w tym filmie najlepsze i najsmutniejsze zarazem, to cała prawda o racjach damsko- męskich, którą przekazuje. Na szczęście, od reguły zawsze znajdą się wyjątki.

środa, 8 września 2010

Och, Karol!

Inny tytuł jest tu zbyteczny. Ten zawiera w sobie wszystko, co mogliśmy zobaczyć i wynieść z filmu. „Och, Karol …!” powtarzała w ekstazie nie raz i nie dwa każda z bohaterek Całkiem możliwe, że i ja bym to czyniła, gdybym spotkała takiego Karola na swojej drodze. Kto wie, kto wie …

Nie od dziś lata 80-te kojarzą mi się głównie z seksem. Seks tu, seks tam. Wszędzie go pełno. W filmie, w muzyce. Kojarzycie piosenkę z „Kingsajzu”? Wyśpiewała ją seksownym głosem Anna Jurksztowicz (tak, tak, ta sama, co nuci co niedzielę „Na dobre i na złe”). Ten kawałek ma w sobie taki ładunek erotyczny, że nie puszczam jej przy znajomych, by nie pomyśleli sobie Bóg wie czego … To tylko jeden z miliona przykładów, a ja chcę przytoczyć jeden, koronny, potwierdzający w zupełności moją tezę.

Komedia Romana Załuskiego „Och, Karol” nie wstrząsnęła mną. Urodziłam się dokładnie w roku, w którym film powstał, a więc trochę już wiosen przeżyłam i świat znam. I wiem, co ludzie wyprawiają po pracy. Albo przed pracą. A czasem nawet w trakcie. Nie jestem cyniczna, skąd! Przyznam jednak, że główny bohater, Karol Górski, mężczyzna, jakich wiele, wzbudził moją sympatię, a w końcówce nawet … współczucie jakieś? Spójrzmy na całą sprawę racjonalnie, uczucia i łzawe sentymenty na bok. Oto co mamy. Mamy żonę, która- tak, tak, moje panie- nie szanuje się. Obdarza męża uczuciem tak wielkim i bezkrytycznym, że najzwyczajniej w świecie odpuszcza mu. I taki mężczyzna, myślicie, że co? Że się będzie starał? Męczył się będzie? Gimnastykował sam z własnej woli? Nigdy w życiu! (parafrazując inny film, który również traktuje o rozpadzie pożycia małżeńskiego). A pozostałe damy? Każda z nich wielbiła swojego bożka, niewiele oczekując w zamian lub zgoła nic. Wszak Karol jasno i wyraźnie określił łączące ich relacje pięknym terminem- przyjaźń romantyczna. Na swój sposób był więc wobec nich uczciwy, gdyż żadnej niczego nie obiecywał. I nagle bunt na pokładzie. Panie się zreflektowały, że coś tu nie gra. Pierwsza wykazała się instynktem samozachowawczym racjonalna Irenka. Zdradzone kochanki odkryły szokującą prawdę: gatunek zwany homo facetus bierze, gdy mu podają i ucieka, gdy mu źle. Nie ma innych opcji. Jedynym ratunkiem jest terapia wstrząsowa. Taką też zastosowały.

Karol próbuje wykaraskać się jakoś z tej nowej, bądź co bądź, dziwnej sytuacji. Choć … zapewne wielu panów zazdrościło mu takiego wyboru. Weźmy tę scenę, kiedy wszystkie cztery gracje pakują się Karolkowi do łóżka- no, przyznajcie się, panowie, czy nie marzyliście nigdy o takiej „niewoli” ? Ale fantazje to jedno, a codzienność, która nawet najsłodsze sny barwi na szaro- to zupełnie co innego. Nasz nadwiślański Casanova, niczym bohater tragedii antycznej, powoli znajduje się w sytuacji bez wyjścia. Kobiety prześladują go na każdym kroku, a on opędza się od nich, jak od much przebrzydłych. Czy mogliśmy sobie to wyobrazić na początku tej historii?

Największym zaskoczeniem tego filmu była dla mnie Urszula, po raz pierwszy na ekranie. Miała dziewczyna talent, naprawdę. O wiele lepiej poradziła sobie z rolą niż -tak, wiem, że o zmarłych nie mówi się źle, ale … niż Ewa Sałacka, która odegrała swoją scenkę z wdziękiem betoniarki. Nigdy wcześniej nie widziałam Doroty Kamińskiej takiej młodej. I takiej pięknej- czapki z głów! I jeszcze jedno- stylowe adidaski, panie Karolu, zupełnie na poważnie.

p.s. Żeński pierwiastek jednak górą! Kobiety, już w mrokach radosnego socjalizmu, równouprawniają się i radzą sobie z męską zdradą. Można? Można! Brawo, PRL-owskie lejdis.

55 filmów na 55- lecie WFF

Ciemna sala, pełna pajęczyn. Cała puściuteńka. I tylko na jednym z
tych nieziemsko niewygodnych foteli kuli się mała postać, ledwo widoczna
w tych egipskich ciemnościach. Mały wielki człowiek.
Spytasz, a czemuż to? Gdzie ta wielkość? Czym ją zmierzyć?
Cierpliwości, czytelniku drogi, nim wykrzywisz swoją twarz w ironicznym
uśmieszku, doczytaj tę rzecz do końca.
Wielka przyswieca mu idea. Podjął się dzieła pięknego. Oto 55 filmów
ujrzą jego oczy. A potem ręka jego skreśli 55 niezwykle osobistych,
chwytających za serce twe, recenzji.
I to wszystko na chwałę wrocławskiej WFF.
Panie i Panowie! Cykl "55 filmów na 55- lecie WFF" uważam za otwarty!

czwartek, 29 października 2009

The End

I stało się. Wszytko, co dobre, tak szybko się kończy... Zanim to nastąpiło, dzień jak każdy poprzedni: warsztaty, projekcje, nieustannie przewijający się ludzie, dyskusje na najrozmaitsze tematy w palarni. Niby normalnie, niby powszednio, ale każdy wiedział, że zaczęło się już wsteczne odliczanie. Bo na Dużej Hali ruch, krzątanina, muzycy stroją instrumenty, obsługa ustawia krzeseła. O godzinie 19.00 zostaliśmy postawieni w gotowości bojowej, każdemu przydzielono zadanie. A to wszystko po to, aby finałowa gala dostarczyła wam jak najlepszych wrażeń. Przyznajcie sami, że spisaliśmy się wszyscy na medal:)
A kiedy wybiła godzina "zero", z niecierpliwością czekaliśmy na dwa najważniejsza wydarzenia wieczoru. Pierwsze- ogłoszenie laureatów nagrody za najlepszy scenariusz. I tu niespodzianka, kapituła zadecydowała, że w tym roku nie zostanie przyznana jedna nagroda główna lecz pięć wyróżnień. Szczęśliwców moglismy zobaczeć na scenie podczas odbierania nagród. Nie obyło się oczywiście specjalnych podziękowań i tym podobnych wzruszeń. Krótka chwila braw dla organizatorów i wolontariuszy. Chwila, którą zapamiętamy na długo.
I w końcu, wrocławska premiera- L.U.C. i jego projekt "39/89- Zrozumieć Polskę". Niesamowite przeżycie. Muzyka idealnie ilustrująca slajdy pojawiające się na duzym ekranie. Dźwięki, które poruszyły najczulszą strunę serc. Ogromne brawa dla całego zespołu!
Ehh, czas się żegnać...zaczarowane to były dni. Każdy bogaty i niepowtarzalny. Tylu wspaniałych ludzi, nowe znajomości, te wszystkie rozmowy pół żartem i pół serio- będzie, co wspominać! Ale zaraz...przecież nie rozstajemy się na wieki. Już za rok kolejna edycja festiwalu "Interscenario", na który juz teraz zapraszamy. Może nawet spotkamy się jeszcze wcześniej... a może w ogóle nie ma sensu się żegnać? Nie zapominajcie o nas, zaglądnijcie od czasu do czasu. Bo tak naprawdę, to co dobre, wcale nie musi się kończyć :)

Gorączka sobotniej nocy

Pogoda taka nieciekawa. Szaro, buro, człek nie wie, co ze sobą zrobić... A jednak, byli tacy, którzy poradzili sobie z jesienną pluchą w sposób najlepszy z możliwych- odwiedzili nasz festiwal. Daje sobie obciąć wszystkie paznokcie u prawej ręki, że nie pożałowali tej decyzji:)
Jak zawsze, czekały profesjonalne warsztaty oraz projekcje filmowe. Ogromną popularnością cieszył się film Petra Zelenki "Bracia Karamazow"- na jego pokaz przyszły całe tłumy!
A wolontariusze? Jak zawsze, w pełnej gotowości, na straży od rana do nocy. Prawdziwe pistolety. Nie raz i nie dwa lądowali na posadzce,by zdążyć, by nie zawieść, by wszytko grało jak należy. Niewyobrażalne wręcz poświęcenie. Dlatego też, moi drodzy, nie szczędźcie im usmiechów. Inne formy wdzięczności również mile widziane ;)
Trzeci już dzień uwnieńczył koncert zespołu SenSorry. Było bardzo klimatycznie, progresywnie. Profesjonalnie i z klasą. Kto nie był, niech żałuje. I znów trzeba było wracać do domów. Ciemna noc. Miasto tętni życiem. Jak to przy sobocie. Ale za to niedziela bądzie dla nas!


piątek, 23 października 2009

Kilka faktów z dnia drugiego...

Postanowione! Zostanę tancerką bollywoodzką. Któż, jak nie one, potrafi się tak pięknie wić w rytm muzyki? Choć pomysł kiełkował w mej głowie od dawna, impulsem stała się sztuka „Scenarzysta”, która odbyła się na Dużej Hali WFF. Zawierała ona elementy tańca hinduskiego. Takie małe marzenie … ;)

Ale zaczęłam tak od końca. A dziś, jak co dzień zresztą, było w czym wybierać. Podejmowaliśmy gości z Czech i Niemiec oraz z Indii. Polskim akcentem był pokaz filmu Jacka Głąba „Operacja Dunaj”.

Cały dzień festiwalowy przebiegał dosyć spokojnie. Obyło się bez większych katastrof ;) Małe zamieszania rodziły się jedynie przy wejściu do WFF, gdyż dziś wchodziliśmy bądź wydostawaliśmy się przez środkowe drzwi. Umilaliśmy sobie chwile razem spędzane rozmowami najwyższych lotów: czy to o literaturze, czy to o Pokemonach … jednym słowem, pełna kultura:) Czasem łapaliśmy za odkurzacz, po czym w popłochu rzucaliśmy go pod biurko, by potem już nie wrócić do tego zajęcia- na szczęście, mieliśmy w pogotowiu miotły, więc osoby o wysokim stężeniu energii mogły dać jej ujście wykonując te terapeutyczne ruchy: w prawo, w lewo i na zmiotkę. Cieszy nas to, że musieliśmy donosić krzesła do klubu festiwalowego, co jest nieodzownym znakiem, iż klub ten ożył i oby w takim właśnie stanie doczekał do uroczystej gali. Ale to dopiero przed nami. Gdyż, jak to mawiała Scarlett O’ Hara: jutro przecież też jest dzień ! Widzimy się o 10.30 :)