Usiądźmy wygodnie w fotelu, otulmy się kocem i, popijając herbatkę z konfiturą, zamknijmy oczy i … nie nie! Otwórzmy oczy szeroko, byśmy mogli zobaczyć, jak ludzie kochali w latach 70- tych.
Różowe lata 70-te … to może były, ale za żelazną kurtyną, gdzieś daleko, u Wuja Sama. W Polsce natomiast, mężczyźni pod marynarki zakładali golfy, we flakonach stały goździki, a na ból głowy brało się proszek, nie tabletkę. Ale były też pozytywy: zamiast banalnego „cześć” mówiło się dostojne „serwus”, w każdym mieszkaniu była wódka, a mężczyźni recytowali kobietom wiersze na moście. W taką krainę zabiera nas Roman Załuski w filmie „Anatomia miłości”.
Zanim przejdziemy do sedna sprawy, pozachwycajmy się trochę zjawiskową urodą Barbary Brylskiej. Panią Basię kojarzę głównie z rewelacyjnej radzieckiej komedii, znanej u nas bardzo dobrze, pt. : „Ironia losu”. Gra tam główną rolę kobiecą, jest eteryczną blondynką i z miejsca rozkochuje w sobie męską połowę wszystkich krajów socjalistycznych. W Rosji ubóstwiana jest do dzisiaj. Do tego stopnia nawet, że w żadnej szanującej się rosyjskiej rodzinie Nowy Rok nie rozpocznie się, jeśli ze srebrnego ekranu nie zacznie trzepotać rzęsami nasza Barbara. I z taką oto wiedzą spoglądam na film Załuskiego i patrzę i oczom nie wierzę! Pani Brylska z włosami w kolorze czekolady … No coś podobnego! Kiedy pierwszy szok minął, zerknęłam przez palce raz jeszcze i stwierdzam- chyba już bardziej seksowna być nie mogła. Cud- kobieta. Zobaczcie sami.
Ale nie ona jedna występuję w tym filmie. Towarzyszy jej Jan Nowicki, kobieciarz jakich mało. I może dlatego od samego początku jakoś nie dajemy szansy temu związkowi. Dziwna sprawa, nasza wiedza o życiu prywatnym aktora przeszkadza w odbiorze postaci, którą gra.
Ale spróbujmy zwieść się iluzji.
„Anatomia miłości” rozbiera uczucie, łączące kobietę i mężczyznę, na czynniki pierwsze, a także pokazuje jej rozwój w czasie. Zaczyna się od standardowego zauroczenia, chwil niepewności (zadzwoni? Nie zadzwoni? A może to ja powinnam zadzwonić?), potem mamy motyle w brzuchu, euforię, stagnację, znudzenie, sceny zazdrości, rozstania, powroty, i …
Końca nie zdradzę, oczywiście, ale co bardziej doświadczeni widzowie mogą się go domyśleć. Aby uogólnić całą historię, byśmy mogli się z nią utożsamiać, imiona bohaterów brzmią następująco: Ewa i Adam. Mamy tu więc do czynienia ze swoistym podręcznikiem, samouczkiem, którego nawet tytułu nie musielibyśmy zmieniać, gdyż oryginalny najlepiej oddaje ducha całej sprawy.
Przyznam szczerze, że prawdopodobnie nie wytrzymałabym długo z taką kobietą, jak główna bohaterka. Na początku, oczywiście, dziewczyna jak malina, ale to kwestia raczej początkowej fazy miłości, kiedy mamy klapki na oczach i żadne racjonalne argumenty do nas nie docierają, niż jej przymiotów. A potem wychodzi z niej, jak to doskonale określił filmowy Adam, jamochłon. Ot, co! Ale i on nie jest tu bez winy, gdyż , jak to w życiu bywa, wszystko ma swoją drugą stronę medalu.
Na koniec, dwie bardzo pozytywne rzeczy, dla których na pewno warto obejrzeć film (prócz zalet wyżej wymienionych). Po pierwsze, piosenka. Przewija się tu piękna ballada miłosna, cudownie wyszeptana przez Barbarę Brylską. Bardzo mi brakuje tego w polskich filmach, co natomiast znajduję w starych obrazach ZSRR, mianowicie, piosenek śpiewanych przez bohaterów.
Po drugie, nasz kochany Wrocław! Wędrujemy wraz z akcją przez ulicę Świdnicką, Ostrów Tumski, Most Grunwaldzki i jeszcze wiele innych miejsc. Fantastyczna sprawa, zobaczyć swoje miasto sprzed 30 lat!
To, co w tym filmie najlepsze i najsmutniejsze zarazem, to cała prawda o racjach damsko- męskich, którą przekazuje. Na szczęście, od reguły zawsze znajdą się wyjątki.
poniedziałek, 27 września 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz