Inny tytuł jest tu zbyteczny. Ten zawiera w sobie wszystko, co mogliśmy zobaczyć i wynieść z filmu. „Och, Karol …!” powtarzała w ekstazie nie raz i nie dwa każda z bohaterek Całkiem możliwe, że i ja bym to czyniła, gdybym spotkała takiego Karola na swojej drodze. Kto wie, kto wie …
Nie od dziś lata 80-te kojarzą mi się głównie z seksem. Seks tu, seks tam. Wszędzie go pełno. W filmie, w muzyce. Kojarzycie piosenkę z „Kingsajzu”? Wyśpiewała ją seksownym głosem Anna Jurksztowicz (tak, tak, ta sama, co nuci co niedzielę „Na dobre i na złe”). Ten kawałek ma w sobie taki ładunek erotyczny, że nie puszczam jej przy znajomych, by nie pomyśleli sobie Bóg wie czego … To tylko jeden z miliona przykładów, a ja chcę przytoczyć jeden, koronny, potwierdzający w zupełności moją tezę.
Komedia Romana Załuskiego „Och, Karol” nie wstrząsnęła mną. Urodziłam się dokładnie w roku, w którym film powstał, a więc trochę już wiosen przeżyłam i świat znam. I wiem, co ludzie wyprawiają po pracy. Albo przed pracą. A czasem nawet w trakcie. Nie jestem cyniczna, skąd! Przyznam jednak, że główny bohater, Karol Górski, mężczyzna, jakich wiele, wzbudził moją sympatię, a w końcówce nawet … współczucie jakieś? Spójrzmy na całą sprawę racjonalnie, uczucia i łzawe sentymenty na bok. Oto co mamy. Mamy żonę, która- tak, tak, moje panie- nie szanuje się. Obdarza męża uczuciem tak wielkim i bezkrytycznym, że najzwyczajniej w świecie odpuszcza mu. I taki mężczyzna, myślicie, że co? Że się będzie starał? Męczył się będzie? Gimnastykował sam z własnej woli? Nigdy w życiu! (parafrazując inny film, który również traktuje o rozpadzie pożycia małżeńskiego). A pozostałe damy? Każda z nich wielbiła swojego bożka, niewiele oczekując w zamian lub zgoła nic. Wszak Karol jasno i wyraźnie określił łączące ich relacje pięknym terminem- przyjaźń romantyczna. Na swój sposób był więc wobec nich uczciwy, gdyż żadnej niczego nie obiecywał. I nagle bunt na pokładzie. Panie się zreflektowały, że coś tu nie gra. Pierwsza wykazała się instynktem samozachowawczym racjonalna Irenka. Zdradzone kochanki odkryły szokującą prawdę: gatunek zwany homo facetus bierze, gdy mu podają i ucieka, gdy mu źle. Nie ma innych opcji. Jedynym ratunkiem jest terapia wstrząsowa. Taką też zastosowały.
Karol próbuje wykaraskać się jakoś z tej nowej, bądź co bądź, dziwnej sytuacji. Choć … zapewne wielu panów zazdrościło mu takiego wyboru. Weźmy tę scenę, kiedy wszystkie cztery gracje pakują się Karolkowi do łóżka- no, przyznajcie się, panowie, czy nie marzyliście nigdy o takiej „niewoli” ? Ale fantazje to jedno, a codzienność, która nawet najsłodsze sny barwi na szaro- to zupełnie co innego. Nasz nadwiślański Casanova, niczym bohater tragedii antycznej, powoli znajduje się w sytuacji bez wyjścia. Kobiety prześladują go na każdym kroku, a on opędza się od nich, jak od much przebrzydłych. Czy mogliśmy sobie to wyobrazić na początku tej historii?
Największym zaskoczeniem tego filmu była dla mnie Urszula, po raz pierwszy na ekranie. Miała dziewczyna talent, naprawdę. O wiele lepiej poradziła sobie z rolą niż -tak, wiem, że o zmarłych nie mówi się źle, ale … niż Ewa Sałacka, która odegrała swoją scenkę z wdziękiem betoniarki. Nigdy wcześniej nie widziałam Doroty Kamińskiej takiej młodej. I takiej pięknej- czapki z głów! I jeszcze jedno- stylowe adidaski, panie Karolu, zupełnie na poważnie.
p.s. Żeński pierwiastek jednak górą! Kobiety, już w mrokach radosnego socjalizmu, równouprawniają się i radzą sobie z męską zdradą. Można? Można! Brawo, PRL-owskie lejdis.
środa, 8 września 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz